Wywiady
Zbigniew Łuczyński, prezenter programu „Uwaga” w TVN
 fot. TVN / W&G
- Jak wyglądały Twoje początki w tym zawodzie, jeszcze przed przygodą z TVP3?
Zbigniew Łuczyński: Pracowałem między innymi w Radiu w Kielcach, byłem tam dyrektorem programowym. Jakiś czas temu wymyśliłem kształt radia, które mogło wtedy tam powstać – to było radio o profilu katolickim. Nazywało się Jedność. Potem zostało ono włączone do sieci radia Plus i do tej pory pod tą nazwą działa. Początkowo było ono bardzo popularne w Kielcach i okolicach. Gdy wchodziło się do jakiegoś sklepu, biura, to wszyscy go słuchali. Ja także prowadziłem tam programy i sprawiało mi to ogromną frajdę.
- Do TVP3 dostałeś się wygrywając konkurs na prezentera. Jak Ci się to udało?
To też był przypadek, bo w castingu nie uczestniczyłem przez cały czas jego trwania. Okazało się, że tam trzeba było być kilka miesięcy. Ktoś wysłał moje zdjęcie i później ta pani, która je zobaczyła powiedziała: „Ach, ten chłopak o niebieskich oczach” (śmiech).
- Czyli po prostu wpadłeś w oko?
Tak. Ja byłem wtedy na stypendium we Włoszech i pod koniec ktoś zadzwonił z tego konkursu i zapytał się, dlaczego ja się tam nie pojawiam. Stanąłem więc przed dylematem – zostać czy wracać. Wybrałem powrót. Wsiadłem w samolot z Rzymu i wróciłem do Krakowa. Poszedłem do telewizji i… przeszedłem jak burza przez ten casting.
- W krakowskiej TVP3 stworzyłeś „Rekomendacje kulturalne”. Rzeczywiście interesujesz się kulturą?
Teraz na szczęście jako konsument. Ten program chyba do dzisiaj jest drugi pod względem długości programów w krakowskiej „Trójce”. Zostawiłem tam świetny zespół, mam nadzieję, że oni pracują dalej. A ja? Mogę teraz pójść do teatru prywatnie, a nie patrzeć na to tylko z punktu widzenia zawodowego.
- Jak wspominasz pracę w TVP3?
Bardzo różnie. Początkowo było bardzo euforycznie i fajnie. TVP3 stała na bardzo wysokim poziomie, nie było jeszcze konkurencji, takiej jak np. TVN. Telewizja w Krakowie kojarzyła się z tym, co istotne – mianowicie z teatrami telewizji, programami kulturalnymi, o sztuce. Większa część spektakli na antenie ogólnopolskiej, była nagrywana w Krakowie. Znakomici aktorzy przewijali się po korytarzach, to były prawdziwe gwiazdy teatru i filmu. Byłem dumny, że mogłem być wśród tych ludzi. To była bardzo wielka przyjemność. Gdy ja się dostałem do telewizji, dyrektorem był Kazimierz Kutz. Od początku prowadziłem „Kronikę” – program informacyjny, ale coraz częściej miałem też nowe zadania, jak łączenia na żywo, wejścia do dzienników ogólnopolskich. To trwało i trwało. Czasami byłem rozczarowany, więc liczyłem, że może się coś w życiu zdarzy nowego. Aż w końcu, to już było stosunkowo niedawno, dostałem propozycję by prowadzić ogólnopolskie „Kuriery”. Dojeżdżałem wtedy z Krakowa do Warszawy. To była moja pierwsza zawodowa przygoda w stolicy….
- Jakie były okoliczności przyjęcia Cię do TVN-u?
Pewnego dnia siedziałem w Krakowie przy niedopieczonym kurczaku w bufecie. Zadzwonił telefon z TVN, że szukają prowadzącego program „Uwaga”. Zachowałem się wtedy zupełnie niepoważnie. Myślałem, że ktoś sobie żarty robi. Powiedziałem, że nie mam teraz czasu rozmawiać i proszę zadzwonić za 15 minut. Telefon rzeczywiście zadzwonił po raz drugi. Wtedy zaproszono mnie do krakowskiej siedziby TVN. Zrobiono mi próbne nagranie. Zastanawiałem się, czy to jest do końca poważne i będzie miało swój dalszy ciąg, ale wszedłem do samochodu i … zaraz dostałem telefon, że chcą zrobić następne nagranie w Warszawie.
- W stolicy żyje się lepiej niż w Krakowie?
Ja kocham Kraków nieustannie, ale nie należę do tych ludzi, którzy mówią, że Warszawa jest bez duszy. Polubiłem Warszawę, to jest bardzo dobre miejsce do pracy i zupełnie niezłe do życia. A jeszcze lepiej, żeby umieć je łączyć, jak ja. Od poniedziałku do piątku jestem tutaj w Warszawie, a w weekendy bywam w Krakowie.
- Wcześniej oglądałeś program „Uwaga”?
Tak, oglądałem i nigdy mi nie przeszło przez myśl, że znajdę się w jego zespole.
- Na swoim koncie masz debiut aktorski w serialu „Klinika pod Wyrwigroszem”. W jaki sposób trafiłeś do tej produkcji?
A też przez telefon (śmiech). Jako osoba znana w Krakowie kojarzyłem się ludziom wyłącznie z dziennikarstwem i dostałem propozycję zagrania dziennikarza.
- Fajnie było grać samego siebie?
Całkiem przyjemnie i bez większych kłopotów.
- Ilu reporterów liczy cały zespół „Uwagi”?
Nie zliczę dokładnie, ale kilkadziesiąt osób.
- Czy program ma lokalne redakcje?
Tak. Jest duża redakcja w Krakowie. Dziennikarze się rozjeżdżają po całym kraju, czyli wszędzie tam, gdzie się coś dzieje.
- Jak myślisz, programy takie jak „Uwaga”, spełniają swoją rolę, są one potrzebne?
Zdecydowanie. Z każdym dniem przekonuję się bardziej, że tak. Nawet nie wyobrażałem sobie, będąc widzem, jak wielką nadzieję ludzie pokładają w takich programach. Mam na to mnóstwo dowodów. Ludzie do nas dzwonią, piszą. Jak wyczerpią wszystkie możliwe środki, to czasami ostatnią deską ratunku jest tylko telewizja i „Uwaga”. Często zdarza się, że to właśnie my wyciągamy ludzi z różnych kłopotów i im pomagamy.
- Widać, że wiele spraw zostało rozwiązanych dzięki nagłośnieniu mediów…
Żyjemy w takim kraju, gdzie dopiero na widok kamery i argumentów dziennikarza ludzie zaczynają mówić.
- Ryszard Cebula jest jednocześnie prezenterem i reporterem. Chciałbyś – podobnie jak on – spróbować reporterki w tym programie?
Ja zrobiłem w swoim życiu bardzo wiele reporterskich materiałów, ale jak znalazłem się w zespole „Uwagi”, to w zasadzie nie mam na to czasu. Jestem 5 dni na wizji. Już kilka dobrych godzin przed rozpoczęciem programu mam wiele rzeczy do zrobienia w redakcji. Muszę zobaczyć materiały, które będą emitowane, przemyśleć to, co powiem na antenie. Sam to redaguję, piszę.
Prowadzący ma też możliwość robienia live’ów, gdzie program nieraz jest nadawany spoza siedziby studia. Wtedy mogę spotkać się z ludźmi, stanąć z nimi twarzą w twarz. To jest też ciekawa przygoda i mam nadzieję, że będzie tego coraz więcej.
- Który z tematów poruszanych w „Uwadze” zapadł Ci najbardziej w pamięci?
To jest trudne pytanie, bo najczęściej te tematy, które się ostatnie realizuje najbardziej się pamięta. Najbardziej poruszają mnie tematy, w których pomaga się dzieciom, potrzebującym, różne akcje.
- Np. te współprowadzone z fundacją TVN – Nie jesteś sam?
Dokładnie.
- Ciężko jest nie okazywać emocji na wizji?
To nie jest tak, że ja nie okazuję emocji. Bardzo często jestem poruszony, nawet wściekły. Moja struktura psychiczna jest taka, że ja może tych emocji tak bardzo nie okazuję, ale myślę, że zwykły widz zauważa, że coś mnie nieraz bardzo dużo kosztuje. Myślę, że to widać po oczach, że tu nie ma udawania, że wzrusza cię los, czyjaś krzywda, wkurza niekompetencja. Jeżeli możemy się dobrać jakiemuś urzędnikowi do skóry, to z wielką przyjemnością to robimy.
- Spotykacie się z zarzutami, że robicie sensację nieraz z ludzkiej tragedii?
Czasami nam to zarzucają, ale my jesteśmy dalecy od szukania tzw. taniej sensacji.
- Największy sukces programu „Uwaga”…
Zawsze jak mówi się o sukcesach, to wymienia się takie generalne sprawy. Wcześniej to była afera z zakładem mięsnym Constar, afera z firmą Tele2, która dopiero po naszych interwencjach przyznała się do błędów. Takich sukcesów jest naprawdę bardzo wiele. Drobny sukces, o którym nawet niedawno mówiliśmy, to sprawa pewnego zakładu opiekuńczo-leczniczego w Warszawie, gdzie okazało się, że „Uwaga” pokazała pierwsza nadużycia prowadzone przez dyrektorkę tej placówki. Wykorzystywała pacjentów, ich pieniądze. Mówi się też o uśmiercaniu ludzi żeby wyciągnąć ich majątki. Dzięki nam sprawa trafiła do sądu, postawiono kilkadziesiąt zarzutów.
- A zdarza się, że ktoś się Wam za coś odgraża?
Zdarza się, ale naprawdę nie ma się czego bać. Nikt nas nie zastraszy.
- Program „Uwaga” był wielokrotnie nagradzany. Dostał nagrodę m.in. im. Andrzeja Woyciechowskiego, nagrodę Grand Press, Grand Prix. Którą z tych naród uważasz za największe osiągnięcie programu? Czy któraś ma jakieś szczególne znaczenie?
Wszystkie, jakie zostały wymienione są istotne, bo one pokazują, ze jesteśmy doceniani nie tylko przez widzów, ale też i przez ludzi z branży. Jesteśmy z tych wszystkich nagród, dyplomów, wyróżnień dumni. Pokazują, że „Uwaga” jest dobrą marką, która się ludziom kojarzy z jakością. Mamy to wszystko powieszone na ścianie w redakcji i jak chcemy sobie poprawić humor, to na to patrzymy.
- „Uwaga” nie jest stricte newsowym programem, ale zdarza się czasami taki nawał pracy, że nie wiadomo „w co ręce włożyć”?
Zdarza się, oczywiście.
- Często?
Wiesz doskonale, że „żyjemy w ciekawych czasach”. Więc jest na co zwracać naszą Uwagę.
- Mówić o czyimś nieszczęściu jest bardzo ciężko, ale robiąc to codziennie można popaść w jakąś rutynę?
Można. Nawet wczoraj o tym rozmawiałem z koleżanką. Niby wydaje się, że my to wszystko przyjmujemy, że jesteśmy twardzi, ale jednak to zostaje w głowie. Czasami człowiek jest za bardzo zmęczony natłokiem ludzkich nieszczęść i problemów i trzeba się zresetować – na przykład urlopem.
- Skąd pochodzą tematy, którymi zajmujecie się w programie? Głównie z bieżących wydarzeń czy z informacji docierających od ludzi?
Staramy się nie brać do programu tematów, które są – że tak powiem – zjedzone przez newsy. Mamy swoje źródła informacji. Oprócz dziennikarzy jest świetny zespół dokumentalistów. Oni wyszukują informacje, które mogłyby nas zainteresować, kontaktują się z widzami, odsłuchują wszystkie telefony, które ludzie nam nagrywają, albo też bezpośrednio z nimi rozmawiają, odczytują e-maile i z tego wszystkiego codziennie na kolegium decyduje się, co może stać się tematem dnia.
- Prowadzisz „Uwagę” od poniedziałku do piątku, a w weekendy masz wolne. Czy wtedy oglądasz program prowadzony przez Ryszarda Cebulę?
Tak, oczywiście.
- Ostatnio minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na specjalnie zwołanej konferencji prasowej oskarżył program „Uwaga” o zmanipulowanie materiału dotyczącego nowych faktów ws. śmierci minister Blidy. Reporterzy wiedzą dobrze jak przygotowywali swój materiał i był to cios głównie w nich. A jak Ty to odebrałeś?
Tak jak każdy z nas, odebrałem to bardzo osobiście. Dotknęło to nas. Nie czujemy się winni, dlatego też zmieniliśmy trochę kształt naszego następnego programu. On miał być zupełnie inny, ale wyemitowaliśmy ripostę w postaci wypowiedzi bohatera, czyli Henryka Blidy, który poświadczył że nie zostały zmanipulowane jego słowa w tym materiale. Oczywiście po raz kolejny zaprosiliśmy ministra Ziobrę, żeby wziął udział w programie, ale nam odmówił.
- Czyli minister Ziobro stracił wiarygodność w Twoich oczach?
A jak sądzisz?
- A jakimi cechami powinien się odznaczać Twoim zdaniem reporter „Uwagi”?
Musi być niezwykle uczciwy, obiektywny, nawet jeśli jest przekonany, że jedna strona ma rację, to musi oddać głos drugiej. To jest sztuką dziennikarską.
- Ale ciężko jest być obiektywnym mając świadomość, że ktoś zabił kogoś…
Tak, ale zwykle zawsze taki człowiek jest tylko podejrzany. I chociaż wszystkie przesłanki mówią, że to on zabił, my nie możemy tego przesądzać.
- Prowadziłeś różne programy – od newsowych, przez kulturalne, do reporterskich teraz. W którym z tych tematów czujesz się najlepiej?
Wrażliwym człowiekiem jest się bez względu na to, co się robi. W tych kategoriach mieści się „Uwaga”.
- Widzowie kojarzą Ciebie jako poważnego prezentera, bo trudno mieć inną postawę na wizji, a jaki jest Zbigniew Łuczyński prywatnie?
To nie mnie o to pytać. Taki jak widać. Normalny chyba jestem (śmiech).
Dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiali: Edyta Grabowska i Kamil Świętoń
Lipiec 2007 r.
|