|
Wywiady
Jarosław Gugała, dziennikarz, dyplomata, prezenter i redaktor naczelny „Wydarzeń” Polsatu
 fot. Polsat
Z wykształcenia jest Pan iberystą. Co skłoniło Pana do podjęcia pracy w Telewizji Polskiej?
Tak, to prawda. Skończyłem iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studiowałem także wybrane przedmioty na polonistyce, a niedawno skończyłem studia doktoranckie na ekonomii w SGH. Zawsze chciałem być dziennikarzem. W 1990 roku, po zlikwidowaniu cenzury i upadku starego systemu, zgłosiłem się na konkurs na reporterów i prezenterów do „Wiadomości”. Właśnie zaczynała się nowa wolna Polska. Uznałem, że w tym momencie można wreszcie zostać dziennikarzem. Wcześniej bywałem nim, lecz głównie w wydawnictwach podziemnych wychodzących poza zasięgiem cenzury. Po konkursie w TVP zostałem zaklasyfikowany do grupy osób, które rozpoczęły pracę w „Wiadomościach”. Zaczynałem jako dziennikarz redakcji zagranicznej.
Jak wspomina Pan początki swojej pracy w nowopowstałych „Wiadomościach” TVP1?
Wspominam dobrze. Miałem 30 lat. Powstawała nowa Polska, tworzyły się nowe media, to było zupełnie coś innego niż teraz. Wówczas dopiero uczyliśmy się tych rzeczy, które dzisiaj są rutyną, a wtedy były bardzo trudne. Istniały wtedy takie problemy, jak na przykład dylemat, co zrobić z ludźmi, których głosy i twarze kojarzyły się z poprzednią epoką. W „Wiadomościach” występowali ludzie, którzy nie mogli czytać własnymi głosami ani pokazywać własnych twarzy. Z dzisiejszego punktu widzenia kompletny absurd, bo dziennikarz telewizyjny musi mieć głos, musi mieć twarz, bo to jest cała jego wiarygodność. Wtedy był lektor, jakaś anonimowa osoba, która czytała wszystkie materiały, i prezenter, który prowadził program. Powoli trzeba było to zmieniać. Zaczęli się pojawiać dziennikarze, którzy tak jak ja zaczęli robić to własnym głosem, własną twarzą.
„Wiadomości” TVP1 powstały w miejsce propagandowego „Dziennika Telewizyjnego” z czasów komunistycznych. Wraz z nowym programem Telewizji Polskiej zmieniła się całkowicie ekipa ludzi przygotowujących ten serwis informacyjny?
Nie, nie zmieniła się całkowicie. Część takich najbardziej zaangażowanych osób w propagandę poprzedniego systemu odeszła, a raczej została wyrzucona, część dostała jakąś tam szansę. To był akurat bardzo trudny okres. Być może odeszli też wśród nich pracownicy, którym powinno dać się jakąś szansę. Przychodzili ludzie zupełnie nowi, jak ja. Wcześniej w dziennikarstwie pracowałem tylko sporadycznie. Więc przyszedłem na konkurs do TVP, jakby zupełnie z ulicy. I telewizję miałem dopiero poznawać.
W jaki sposób udało się Panu otrzymać funkcję dyrektora TVP1?
Dyrektorem tego programu zostałem dosyć szybko, bo już w 1992 roku. Dużo i ciężko wtedy pracowałem w „Wiadomościach”, najpierw jako dziennikarz redakcji zagranicznej, potem prezenter i reporter, a następnie komentator w Sejmie. Byłem też szefem reporterów działu krajowego. Szybko to szło. W pewnym momencie pojawił się nowy prezes, Janusz Zaorski, który chciał dokonać szybkich zmian, np. ramówkowych, i chciał żeby młodzi ludzie się tym zajęli. Choć wcześniej go nie znałem – on mi tę funkcję zaproponował. Dyrektorem „Jedynki” byłem dosyć krótko, około roku. Wprowadziłem wtedy różne zmiany, które istnieją do dziś…
Na przykład jakie?
To ja z Laco Adamikiem, moim zastępcą ds. artystycznych, wprowadziłem logo TVP1, które jest w tej chwili logiem całej Telewizji Polskiej. To myśmy zorganizowali konkurs i wybrali te trzy literki. Dwójka miała wówczas logo w postaci takiej grubej cyfry, ale to nasze przetrwało do dziś i jest teraz znakiem całej telewizji publicznej. Mam z tego tytułu taką drobną satysfakcję… Jeśli chodzi o programy jakie wprowadziliśmy, to przede wszystkim wypełniliśmy dziurę emisyjną, która była między godziną bodajże 10 a 16. Tam nic nie było. Wprowadziliśmy w tę lukę telewizję edukacyjną. Utworzyłem też dodatkowe pasmo filmowe, które dzisiaj jest oczywistością. Chodzi o to pasmo powiedzmy po godzinie 22. Jak ja to zaproponowałem to wszyscy mi mówili „stukajcie się w głowę”, bo ludzie w ogóle wtedy telewizję przestali oglądać, gdyż przestawała nadawać o 22.30. Wyszedłem z pomysłem, żeby dać jeszcze ludziom do obejrzenia film. Wydawało się, że już nikt tego nie będzie oglądał, bo to jest późna noc. Potem się okazało, że to pasmo jest wielkim sukcesem, że są widzowie. Bardzo wielkim problemem, ale rzeczą którą zrobiłem, było przesunięcie pory nadawania „Teleexpressu”. Kiedyś on był o 17.15. A ponieważ rozpychały się coraz bardziej reklamy, więc trzeba było zrobić coś z porą nadawania tego serwisu. Ja to przesunąłem na równą 17. To była wówczas bardzo trudna decyzja. Dzisiaj już niewiele osób pamięta, że kiedyś ten program był o godzinie 17.15. Teraz to stało się oczywiste – godzina 17.00 – „Teleexpress”.
Które ze stanowisk wspomina Pan lepiej – dyrektora TVP1 czy Telewizyjnej Agencji Informacyjnej?
Jestem dziennikarzem newsowym i zawsze mnie to kręciło. Pracę dyrektora „Jedynki” wspominam jako najgorszą w życiu – źle płatną, frustrującą, bardzo ciężką i taką, gdzie ciągle trzeba było rozwiązywać różne konflikty z rozmaitymi ludźmi. Gdy tylko te swoje zmiany wprowadziłem i pojawiła się pierwsza okazja, kiedy mogłem się wyrwać z tamtego programu, to skorzystałem i uciekłem. I wtedy zostałem szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. To mi dawało satysfakcję i uważałem, że robiłem to, co jest moim powołaniem.
Jak to się stało, że Pan, dziennikarz, został ambasadorem RP w Urugwaju?
To wynika z mojego wykształcenia, bo skończyłem iberystykę, a także doświadczenia, jakie zdobyłem relacjonując wizyty polskich polityków za granicą oraz wizyty głów państw i rządów w Polsce. Urugwaj był takim krajem, gdzie żaden zawodowy dyplomata nie chciał jechać. Było kilka powodów – po pierwsze to bardzo drogi kraj. Ludzie nie płacą tam PIT-ów, tylko wszystkie podatki są ukryte w cenach towarów i usług, więc dla obcokrajowców panuje tam piekielna drożyzna. Urugwaj był kiedyś nazywany Szwajcarią Ameryki Południowej. Jeśli coś jest z tego jest prawdą do dziś, to niewątpliwie ceny. Dyplomatom w Urugwaju nie zwracają VAT-u, a ten wynosi 25 procent. Poza tym MSZ płacił rodzinie ambasadora na odwiedziny raz na dwa lata, a to państwo jest piętnaście tysięcy kilometrów od nas, więc trudno sobie samemu zafundować taką wycieczkę częściej, w związku z tym wiadomo, że jest to rodzaj zesłania – jak się pojedzie, to się długo siedzi i trudno jest się stamtąd wyrwać. Po trzecie grasował tam i grasuje do dzisiaj niejaki Jan Kobylański. To wszystko powodowało, że MSZ przez trzy lata nie mógł znaleźć kandydata… Dopiero ja się zlitowałem!
No właśnie – Kobylański. Żałuje Pan konfliktu z nim?
Nie. Jestem w pełni przekonany, że wszystko, co zrobiłem w tej sprawie, było słuszne. Mianowicie, pozbawiłem go tytułu konsula honorowego w Urugwaju, bo tego rodzaju ludzie nie powinni mieć nic wspólnego z majestatem Rzeczpospolitej. Kosztowało mnie to wiele emocji i nerwów i nie było to miłe doświadczenie, chociaż sam pobyt na placówce na pewno poszerzył mi horyzonty i był niewątpliwie doświadczeniem pozytywnym.
W 2005 roku otrzymał Pan propozycję zostania ambasadorem Polski na Kubie. Jak się okazało, tej propozycji Pan nie przyjął.
Nie przyjąłem jej dlatego, że wprawdzie byłem zaakceptowany, ale w międzyczasie zmieniła się polityka u nas. Wicepremierami polskiego rządu zostali Andrzej Lepper i Roman Giertych. Obaj w swoim czasie niejako współdziałali z Janem Kobylańskim. Uznałem przez to, że mój pobyt na jakiejkolwiek placówce w Ameryce Łacińskiej nie ma kompletnie sensu. Byłbym wystawiony na nieustanne intrygi, wstrząsy, ataki, strzały i nie wiadomo jeszcze co.
Jak doszło do powstania Zespołu Reprezentacyjnego?
Zespół Reprezentacyjny powstał jeszcze gdy byliśmy takimi mało opierzonymi studenciakami, na początku mojej iberystyki. Zespół był emanacją czegoś, co się nazywało Koło Naukowe Iberystów. Myśmy w jego ramach tłumaczyli literaturę, piosenki i robiliśmy wieczory poezji poświęcone poszczególnym poetom albo poezji różnych krajów. To się zwykle odbywało w Hybrydach raz w miesiącu. Wkrótce recytacje naszych tłumaczeń zaczęliśmy mieszać z utworami muzycznymi, żeby to było bardziej strawne dla publiczności. Okazało się z czasem, że im więcej jest piosenek, które wykonujemy, tym lepiej ludzie to znoszą i większy sukces odnoszą te nasze wieczory. W końcu mieliśmy cały repertuar, by zrobić program złożony tylko z piosenek katalońskich i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy je ćwiczyć. Potrzebowaliśmy sali prób z pianinem i w ten sposób trafiliśmy do klubu Riviera Remont, w którym powiedziano, że dadzą nam salę prób, ale musimy wystąpić w warszawskich eliminacjach do Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. No i wystąpiliśmy, a później pojechaliśmy na słynny studencki festiwal do Krakowa, gdzie zdobyliśmy 2. miejsce oraz prestiżową nagrodę dziennikarzy oraz wyróżnienie rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. To był ’83 rok. Tak się zaczęła ta cała przygoda. Do 1990 roku zespół istniał i był dla mnie bardzo ważny. Później zmieniła się Polska i można było różne inne rzeczy robić, m.in. zostać dziennikarzem. Śmiałem się, że zajmowałem się w latach 80′ jedyną rzeczą, która się dobrze w Polsce rozwijała, tj. piosenką protestu…
Jak to było z tłumaczeniem tekstów, kto się tym zajmował?
Jeśli chodzi o naszą ostatnią płytę z piosenkami francuskiego barda Georgesa Brassensa – „Kumple to grunt” – to tłumaczył Filip Łobodziński i ja.
Czy to jest trudne?
Na Brassensa trzeba znaleźć sposób, bo on jest poetą trudnym, używającym na przykład języka potocznego, slangu i nieprzyzwoitych wyrazów. Tłumaczenie piosenek z języka francuskiego na polski jest w ogóle trudne ze względu na to, ze we francuskim przycisk pada na ostatnią sylabę, a to jest bardzo nienaturalne w języku polskim. I bardzo niewygodne dla polskiego tłumacza. Trzeba się namęczyć, żeby w sposób niebanalny oddać to po polsku. Drugim problemem była sprawa, co zrobić z wulgaryzmami, których Brassens nie żałuje swoim słuchaczom. W Polsce wielu ludzi myślało, że francuskie „gówno” jest podobne do naszego „o, do licha”. My uznaliśmy, że gówno jest gówno – i po francusku i po polsku. I że nie ma co tutaj udawać, że francuskie jest lepsze od polskiego (śmiech). Wulgaryzmy tłumaczymy więc tak jak autor napisał. A gdy ktoś nam zarzuca, że to jest wulgarne, to mówimy, że może i tak, ale Brassens jest wielkim klasykiem literatury francuskiej, którego piosenki są na obowiązkowej liście lektur we francuskich szkołach, w związku z powyższym do nas nie można mieć pretensji, że oni właśnie takiego autora kochają. A my nie możemy zostać pruderyjnym zaściankiem z tego tylko powodu, że on użył paru brzydkich słów i nie możemy się nim nie zajmować. Zwłaszcza że on nie tylko brzydkich słów używał – jego teksty to wspaniała przebogata poezja.
Dla gazety „Fakt” zdradził Pan, że po odejściu Hanny Lis z Polsatu „Wydarzenia” zyskały duży wzrost widowni. To dlatego, że coraz częściej ten program prowadził i prowadzi do dzisiaj Pan?
Trudno wymienić jeden powód. Niewątpliwie to też była jedna z przyczyn. To, że ja prowadzę, jak widać, nie zaszkodziło temu programowi. Bo jedyną osobą, która się zmieniła był prowadzący. Tutaj musiałbym pana odesłać do badań focusowych, które pokazują dokładnie jak jestem odbierany ja, jak są odbierani inni. Jeśli chodzi o oglądalność, to niewątpliwie osoby, które program prowadzą mają wpływ na oglądalność, są ich twarzami, symbolami. Komuś ufamy bardziej, komuś mniej. Określone twarze przyciągają inną część widzów. Kobiety na ogół wolą w roli prezenterów mężczyzn, z mężczyznami bywa różnie… To wszystko jest bardzo skomplikowane. Ja mogę powiedzieć tylko tak: odkąd przejąłem główny ciężar prowadzenia, „Wydarzeń” – program zanotował duży wzrost widzów. Uważam, że odniosłem sukces. Spośród stacji telewizyjnych w Polsce, „Wydarzenia” są jedynym programem informacyjnym, który w ostatnich miesiącach zwiększył liczbę swoich widzów i to o kilkaset tysięcy. My odnieśliśmy sukces, wszyscy inni stracili. Podkreślam to „my” – bo to dzieło dużego zespołu. Reporterów, wydawców, kierowników produkcji, operatorów kamer, montażystów itd. Tu warto dodać jednocześnie, że oglądalność ma swoje przypływy i odpływy i zależy od bardzo wielu czynników. Na przykład od tego, co jest przed danym programem i jaką to ma oglądalność.
Podobno prosił Pan Hannę Lis, żeby została w „Wydarzeniach” po odejściu Tomasza Lisa. Gdyby mógł Pan wtedy przewidzieć, że gdy odejdzie, to program zyska nowych widzów, dalej by ją Pan przekonywał?
Nie wiążę tego, że program zyskał z jej odejściem. Zaproponowałem jej, żeby rozważyła pozostanie, bo uważam, że my, jako ludzie telewizji, jesteśmy winni szacunek naszym widzom. Jeżeli stacja telewizyjna promuje jakąś osobę i przedstawia ją jako tę, której my mamy ufać, która jest godna tego, żeby ją lubić, zapraszać do domów – to nie może być tak, że nagle z jakichś dziwnych powodów ta osoba znika… Te twarze i osobowości są majątkiem każdej telewizji. Chciałem uszanować to, że ona tu pracowała przez ponad 2 lata, że dużo do tego programu wniosła, że była jego twarzą, dlatego w sposób naturalny uważałem, że powinna mimo wszystko tutaj zostać. Do dziś uważam, że działała wtedy pod wpływem emocji i dlatego mało elegancko odpowiedziała na moją propozycję. Gdybym wiedział jak się wobec mnie po tej propozycji zachowa, to przyznaję, że głęboko zastanowiłbym się, czy jej coś zaproponować. Łatwiej było po prostu nic nie mówić i nie narażać się na nieprzyjemności.
Hanna Lis we wrześniu 2007 roku powiedziała dla „Press”: „Jarek musi się jeszcze nauczyć ‘Wydarzeń’. Jako człowiek zajęty głównie swoją karierą estradową do newsroomu wpadał zwykle na krótko, by przeczytać popołudniowy serwis. (…) Z całym szacunkiem, ale do kierownictwa programem informacyjnym na konkurencyjnym rynku potrzeba o wiele, wiele więcej”. Jak się Pan do tego odniesie?
To jest bardzo niesprawiedliwe. Ja wtedy też prowadziłem „Wydarzenia”. W dodatku częściej od Hanki. Wydanie o godzinie 15.50 prawie codziennie, a co drugi weekend i w święta prowadziłem również „Wydarzenia” główne. Powiedzenie więc o mnie, że zajmowałem się głównie czymś innym – jest po prostu zwyczajnym kłamstwem. Poświęciłem pracy w „Wydarzeniach”, a w wcześniej w „Informacjach”, prawie wszystkie święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Przez pierwszy rok wszystkie piątki i weekendy, a później co najmniej co drugą sobotę i niedzielę i wszystkie robocze dni tygodnia. Zakładam, że Hanka powiedziała to w nerwach, ale moją odpowiedzią na to wszystko jest to, co nastąpiło potem. Jeszcze raz mogę powtórzyć: pod moim kierownictwem „Wydarzenia” znacznie zwiększyły widownię jako jedyny program informacyjny w tym czasie. Wydaje mi się, że udowodniłem w ten sposób, że jestem człowiekiem doświadczonym i w swoim działaniu skutecznym. A jeśli chodzi o moje kwalifikacje, to mogę tu się przy okazji popromować i przypomnieć, że byłem w swojej 18-letniej karierze dziennikarskiej reporterem telewizyjnym, szefem reporterów w „Wiadomościach”, dyrektorem TVP1, dyrektorem i redaktorem naczelnym Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, czyli szefem wszystkich programów informacyjnych TVP: „Wiadomości”, Panoramy i Teleekspressu, komentatorem parlamentarnym, prezenterem i wydawcą „Wiadomości” oraz prowadzącym i autorem licznych programów publicystycznych, tak w telewizji, jak i w radiu, bo pracowałem także w kilku stacjach radiowych. Poza tym pisałem i wciąż, mimo braku czasu, piszę do wielu gazet i tygodników. Dodatkowo, żeby podnieść swoje kwalifikacje – w tym również w dziedzinie zarządzania – skończyłem 3-letnie podyplomowe studia doktoranckie w dziedzinie ekonomii w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie i jestem autorem kilku publikacji naukowych. Jestem ponadto wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. M. Wańkowicza w Warszawie oraz – żeby tego nie przeciągać dłużej – zdobyłem również unikatowe doświadczenie jako ambasador RP. A ponieważ znam także nuty i potrafię grać na fortepianie, śpiewać i tłumaczyć poezję i literackie piosenki, to mogę sobie pozwolić na hobby – jaką jest – jak to nazwała Hanka – „kariera estradowa” i Zespół Reprezentacyjny. Jestem dumny z tego, że nagrałem kilka płyt, z których ostatnia ma szansę okazać się „złotą”, a może nawet „platynową” i że na nasze koncerty przychodzi zawsze mnóstwo ludzi. „Muzyka łagodzi obyczaje” a znajomość nut uważam raczej za cechę pozytywną i nie widzę w uprawianiu muzyki i piosenki literackiej żadnej ujmy. Wręcz przeciwnie – każdemu polecam takie hobby.
1 stycznia 2008 roku padł rekord oglądalności „Wydarzeń”. Pana program oglądało o 1 milion widzów więcej jak na przykład „Fakty”. Czy uważa Pan, że „Wydarzenia” swój sukces zawdzięczają też nowym reporterom?
Może wyszło na to, że widzowie wyczuwają atmosferę w zespole. Ostatnie badania pokazują, że „Wydarzenia” teraz są lepiej odbierane. Są uważane za merytorycznie lepsze, ciekawsze, mniej agresywne; po prostu mają to, co zawsze programy informacyjne w Polsacie miały i co było w tej stacji najważniejsze – są blisko ludzi, prezentują duży stopień troski społecznej, pokazują, że my dziennikarze jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy robią dla normalnych ludzi program, a nie „celebrytami”, czyli bohaterami kolorowych plotkarskich pism. I to dzisiaj we wszystkich badaniach widać. Ludzie nas chętniej wybierają, bo oglądając nas nie denerwują się z powodów politycznych, nie stresują tonem przekazywanych informacji i nie wpadają w kompleksy.
Planuje Pan może wprowadzić duety prezenterskie w „Wydarzeniach”?
Zobaczymy. Są różne plany, ale na ten temat nie chcę nic mówić, bo jesteśmy w przededniu wielkich zmian i dzieła, jakim ma być utworzenie w Polsacie kanału informacyjnego. To wszystko będzie miało wpływ na „Wydarzenia”. Przez kilka lat prowadziłem „Wiadomości” w parze – to ma swoje plusy i minusy, natomiast nie od tego zależy czy coś będzie dobre, czy złe. Zawsze solą dziennikarskiej roboty są reporterzy. Osoba prowadząca ma spory wpływ, ale nie aż taki jak to, czy ma się dobry zespół reporterski, wydawców i układ ramówki.
Porę emisji „Wydarzeń” zmieniano z godziny 18.30 na 18.45, teraz są one emitowane o 18.50. Przyzna Pan chyba, że dobre godziny są zajęte przez konkurencyjne programy informacyjne, a pora wieczornego serwisu informacyjnego „Wydarzeń” jest tak dostosowywana, by zabrać widzów głównie „Faktom”?
Niestety tak było zawsze, że program informacyjny w Polsacie musiał szukać miejsca. Ludzie te programy oglądają na zakładkę. Są tacy, co oglądają pierwsze tematy w „Wydarzeniach”, później włączają na „Fakty”, a po nich ostatnie tematy „Wydarzeń” na Polsacie 2. Jest taka grupa ludzi, która ogląda prawie wszystkie ważne serwisy informacyjne. Ważne, żeby był pluralizm i żeby ludzie mieli w czym wybierać. Można by się pokusić i zrobić to, co jest w Stanach Zjednoczonych, że wszystkie główne stacje mają swój serwis informacyjny o tej samej porze. Załóżmy, że wszystkie zaczynają się o godzinie 19 i wtedy wyszłoby, który program najbardziej cenią widzowie. W Stanach jest tak, że te programy mają w zasadzie podzieloną widownię, minimalnie się różniącą widownię. Nie sądzę, żeby w Polsce było to potrzebne, bo czasami ludzie nie mogą o danej porze obejrzeć czegoś i oglądają później. Zwłaszcza że istnieją teraz duże kanały informacyjne – TVP Info, TVN24, za chwilę Polsat będzie miał taki kanał. Najważniejsze, żeby było w czym wybierać. Niedługo będzie rewolucja, bo wejdzie cyfrowe nadawanie, będzie cztery czy pięć razy więcej kanałów telewizyjnych niż teraz. Zapomnieliśmy o programie TV Puls, który nadaje dzienniki informacyjne, na razie z mizernymi efektami, bo mają kiepski zasięg, ale ten im się wkrótce powiększy i czas może też działać na ich korzyść. Im bardziej się ten rynek zdywersyfikuje, tym lepiej dla widzów.
Ilu dziennikarzy pracuje obecnie w „Wydarzeniach”?
Około 80 osób pracuje łącznie przy dwóch wydaniach tego serwisu informacyjnego, sportowego oraz pogody.
A ile docelowo ma być w Polsacie News?
Kilkakrotnie więcej.
To znaczy?
Nie chcę się pomylić, ale 300-400 osób, wspólnie z „Wydarzeniami”.
Kiedy kanał ruszy?
Nie mogę tego powiedzieć, bo nie ma oficjalnej decyzji. Koncesji jeszcze nie mamy, ale ona tu podobno jest czystą formalnością. W tej chwili jest tworzymy dużą strukturę, która się składa z 3 części. Pierwsza z nich to „Wydarzenia”, druga to będzie kanał informacyjny Polsatu, a trzecia to są nowe media i publicystyka. Szefem nowych mediów i publicystyki jest Bogusław Chrabota, szefem kanału Henryk Sobierajski, a szefem „Wydarzeń” jestem ja. Nad całością sprawuje nadzór Marek Markiewicz, notabene były prezes Telewizji Publicznej i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Polsat News ma dysponować całkowicie nowym studiem. Na jakim etapie znajdują się przygotowania?
Jest już projekt scenograficzny i nowa oprawa graficzna. Wiadomo, że to będzie największe polsatowskie studio, które ma prawie 400 metrów kwadratowych i kilkanaście metrów wysokości. Największe tego typu w Polsce i jedno z największych w Europie.
Jeśli chodzi o załogę, to będzie to głównie połączenie dziennikarzy z grupy Polsat czy całkiem nowi ludzie?
I z grupy Polsat i sporo osób z zewnątrz. Naturalnym zapleczem kadrowym tego kanału będą dziennikarze z TV Biznes.
Jak podoba się Panu rola wykładowcy?
Coraz mniej mam na to czasu. Pracuję jeszcze na Uniwersytecie Warszawskim, wykładam język mediów. Jestem z nauczycielskiej rodziny. Moi rodzice są nauczycielami, jeden z moich dziadków też uczył. Uważam, że też coś nauczycielskiego powinienem robić, chociaż przyznaję, że to bardzo ciężki kawałek chleba.
Liczył Pan na zdobycie Telekamery 2008? Jest Pan zadowolony z 2. miejsca?
Cieszyłem się z nominacji, choć wiedziałem, że w tym plebiscycie będą wygrywali ci, którzy mają portale internetowe. Wiadome było, że TVN wszystko weźmie i to była sprawa oczywista. Cieszę się, że bez żadnej promocji mojej osoby okazało się, że są ludzie, którzy chcą zagłosować na mnie. To mnie interesowało, bo to jest najważniejsze. Żeby tego typu badanie popularności było wiarygodne, wszyscy musieliby mieć równe szanse. To było porównanie osób, z których jedne są cały czas promowana na portalach i billboardach, a inne nie. A liczyły się głównie głosy internautów. TVN ma zupełnie inną publiczność niż Polsat. Więcej jest internautów wśród sympatyków TVN-u niż Polsatu czy Telewizji Polskiej. Zresztą TVP w tej sprawie protestowała. Jednakże ceniąc i szanując kolegów i koleżanki z innych stacji i gratulując zwycięzcom – traktuję to jako uczestnictwo w fajnej zabawie. Nic specjalnego nie zrobiłem, sam się tam nie nominowałem, tylko mnie wybrali czytelnicy gazety i ktoś tam mnie wstawił w te obliczenia. W sumie odniosłem sukces, bo myślę, że bycie w gronie tych, na których ludzie oddają najwięcej głosów, jest sukcesem. To znaczy, że ktoś mnie akceptuje, ufa mi i że droga, którą obrałem ma sens.
Czego Panu życzyć na przyszłość?
Najmniej ludzi złej woli wokół. Z całą resztą sobie poradzimy. Na świecie jest strasznie dużo problemów, a ich źródłem są po prostu źli ludzie, chorzy na przerosty ambicji, na brak dystansu wobec siebie samego, wykazujący się bezinteresowną zawiścią, ślepi na cierpienie, potrzeby innych i skłonni do intryg. Chciałbym, żeby Polsat się rozwijał, żeby ten kanał wspaniale wypadł, żeby „Wydarzenia” były coraz lepsze i lepiej oglądane. Mam takie marzenie, żeby uruchomić jeszcze kolejne wydanie „Wydarzeń” – poranne i jeśli się uda, skonsolidować jeszcze bardziej ten zespół i odnosić sukcesy. I żeby było więcej takich dni jak 1 stycznia tego roku czy Boże Narodzenie, kiedy „Wydarzenia” biją wszystkich na głowę. Po to tu jestem. My chcemy być najlepsi i dążymy do tego prostą drogą. Mamy szansę i myślę, że się do tego zbliżymy.
W jakim nakładzie sprzedała się książka wraz z którą była płyta Pańskiego zespołu?
Nie mam dokładnych danych, ale wiem, ze bardzo dobrze. Już co najmniej kilkanaście tysięcy egzemplarzy i wciąż się dobrze sprzedaje. Podobno jesteśmy już na poziomie złotej płyty albo lepiej. Wierzę, że zdobędziemy platynową. Zresztą „Kumple to grunt” to znakomita płyta. Wystarczy posłuchać i poczytać recenzje… co tu dużo mówić (uśmiech).
Gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów.
Dziękujemy za udzielenie wywiadu.
Rozmawiał: Kamil Świętoń, Dziennikarze.info
Marzec 2008 r.
|
|