Wywiady
Agata Passent, felietonistka
 fot. agatapassententer.blog.onet.pl
Sylwia Rykaczewska: Pani motto to: „Felieton to maska”. Co ma ukryć ta maska?
Agata Passent: Nieśmiałość, brak wiedzy, prywatne tajemnice, wredny charakter. Lista jest zbyt długa. Feletion nie jest sesją terapeutyczną, pamiętnikiem pensjonarki czy rozdygotanego inteligenta. Jest formą literacką, która rządzi się pewnymi stylistycznymi regułami. Autor ma komentować rzeczywistość, a nie odkrywać swoje wnętrze.
Skąd najczęściej czerpie Pani inspiracje do napisania felietonów? Najłatwiej jest pochodzić po ulicach, centrach handlowych, by wiedzieć, o czym napisać?
Inspiracja to umiejętność bycia obcym, wytworzenia dystansu. Aby ocenić np. obraz, albo rzeźbę, trzeba się trochę wycofać, by je ogarnąć. Inspiracje, jak wszyscy wiemy, są wszędzie: w domu, na podwórku, w Iraku czy u sąsiadki. Ważne jest by wciąż się dziwić i przyglądać z dystansu.
Jakie według Pani są granice wolności prasy? Jakie jest największe, według Pani, dziennikarskie przewinienie?
Powierzchowność wynikająca z pośpiechu,bo tempo produkcji jest zawrotne, niusy muszą być świeże, konkurencja nie śpi. Żądza natychmiastowej sławy, zamiast cierpliwa, żmudna praca nad tekstem, który będzie miał wartość literacką lub będzie dokumentem epoki. Przekupstwo-”recenzje” z książek, wrażeń motoryzacyjnych, filmów, podróży, zabiegów medycznych wymuszane przez wydawców, sponsorów, czy innych „partnerów”. Słabe wykształcenie-nie czytamy, nie szkolimy się, nie kształcimy się dodatkowo.
Często ogląda Pani telewizję?
Prawie w ogóle nie oglądam. Podczas ćwiczeń w siłowni zerkam na BBC, w domu ostatnio w niedzielę o 23ej śledzę serial pełen czarnego humoru pt „Desparate housewifes”.
Czy uważa Pani to medium za powierzchowne, zbyt komercyjne?
Boję się uzależnień. Telewizja uzależnia, przytępia, powoduje, że człowiek staje się bierny.Informacje to dziś program rozrywkowo walczący o oglądalność za pomocą epatowania przemocą lub niezweryfikowanymi faktami. Życie jest za krótkie by zaśmiecać sobie głowę skandalami i poastaciami o których po dwóch dniach nikt nie pamięta. Lepiej poczytać książki, „New Yorkera”, albo napić się wina z przyjaciółmi i rodziną.
A radio? Chciałaby Pani ponownie pojawić się w nim? Jeśli tak, to w jakiej stacji i audycji?
Jestem już chyba za stara na współczesne radio. Dla mnie najważniejsze jest słowo, a na nie dziś w radiu nie ma miejsca. Zamiast teatru wyobraźni mamy szafę grającą i notoryczne dżingle. Z utęsknieniem czekam na radio i telewizję w internecie. Za parę lat będę mogła dobierać sobie program odpowiedni dla siebie: transmisje sportowe, wywiady z ciekawymi osobowościami, proza i poezja, zróżnicowana muzyka czyli trochę jazzu, trochę klasyki, trochę awangardy (taki melanż w radiu nie istnieje). Chciałbym wrócić do radia, najchętniej do programu który zajmowałby się psychologią z przymrużeniem oka.
Pani felietony są pozbawione polityki, nie brakuje w nich dystansu i dowcipu. Wypracowała Pani już swój własny styl?
Naiwność to cecha która przeszkadza mi zajmować się polityką. Relatywizm, cynizm, serwilizm, socjotechnika, zmienność poglądów-to elementy od których w polityce uciec nie można, a one mnie załamują. Wszystkie inne aspekty naszego życia mnie ciekawią, w swoich tekstach nie boję się pisać o codzienności i o tym, jak zdyszany człowiek 21. Wieku stara się nadążyć za wszystkim tym, co mu się narzuca jako nowoczesne. Nie da się chyba określić mojego stylu. Jestem niestylowa, ale za to może nie da się mnie łatwo zaszufladkować. Ani feministka, ani prawica, ani lewica.
Dla „Twojego Stylu” pisze Pani już ponad 10 lat. Skąd wierność dla tego pisma?
Publikuje w tym piśmie kilku autorów, których cenię. Jest to pismo niewątpliwie komercyjne, ale na razie jego poziom nie spadł aż tak, by trzeba się było go wstydzić. Od czasów redaktor naczelnej Krystyny Kaszuby „Twój STYL” pozostawia felietonistom wiele wolności, nie cenzurują nas, nie pouczają o „formatowaniu”.
Myśli Pani, że lekkie pióro można sobie w jakiś sposób wypracować, czy trzeba się z nim urodzić?
Z talentem się człowiek rodzi, ale to obowiązek. Talent trzeba pielęgnować, cyzelować, ćwiczyć. Pisanie to taki trening. Aby utrzymać formę, trzeba ciągle dążyć do doskonałości. Staram się, ale jestem zawsze niezadowolona z wyników.
Dlaczego postanowiła Pani pisać felietony? Nie interesowało Pani nigdy np. dziennikarstwo newsowe?
Felietonista może być tchórzem, farbowanym lisem, leniem i dżentelmenem/damą. Niusowiec musi być gotów rozpychać się łokciami, podejrzanymi metodami walczyć o „mięso”, śledzić konkurencję, marznąć na dworze, podróżować w dal lub koczować pod Sejmem. Czy to jest eleganckie? Jeśli nie felietony, to może raczej dłuższa forma prozą.
Ma Pani plany na kolejną książkę?
30 maja ukaże się zbiór moich felietonów o Warszawie pt: „Stacja Warszawa”. Po krótkim urlopie usiądę i spróbuję napisać powieść.
W jaki sposób najchętniej spędza Pani wolny czas? Książki, sport?
Wolny czas najchętniej spędzam z przyjaciółmi, znajomymi lub rodziną na rozmowach, jedzeniu i gotowaniu. Z moim synem na spacerach. Podróżując sama lub z bliskimi po Europie (jestem eurofilką!). Na najbliższe wakacje wybieram się do Czarnogóry i Niemiec. Codziennie czytam conajmniej jedną godzinę, ale czytam też transami, wtedy po kilka godzin dziennie. Dwa razy w tygodniu ćwiczę jeżdżąc na rowerze, biegając, w siłowni, etc.
Do niedawna dziennikarka i prezes Fundacji Okularnicy, a od niedawna także mama. Trudno to wszystko pogodzić?
Bardzo. Żyjemy w czasach, gdy staramy się zbyt wiele srok złapać za ogon. Mam wrażenie, że robiąc te trzy rzeczy na raz, żadnej nie robię dość dobrze. Ale na razie nie umiem zrezygnować ani z dziennikarstwa ani z poezji ani tym bardziej, z miłości.
Wywiad przeprowadziła Sylwia Rykaczewska
Kwiecień 2007 r.
|