Dziennikarze.info
Informacje  |  Wywiady  |  Raporty  |  Trzy pytania do...  |  Publicystyka  |  Felietony  |  Wideo  |  Osobowości  |  Mapa serwisu  |  Linki  |  O serwisie

Wywiady »


Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji
"Uważam, że KRRiT pod moim kierownictwem zajmuje się tym, co ma zapisane w ustawie i co nakazuje jej konstytucja".

Adam Głaczyński, wiceprezes Polskiego Radia Rzeszów
"Zawsze powtarzam: dziennikarstwo to charakter, a nie prosta suma umiejętności. […] Ten zawód wymaga cierpliwości i szalonej pokory. Zwłaszcza jeżeli wybiera się pracę w mediach regionalnych".

Raporty »


Wiktory 2009 rozdane
W piątek, 21 maja 2010 r., w siedzibie Telewizji Polskiej odbyła się 25. gala wręczenia nagród Wiktory 2009.

Notowania giełdowe spółek 
  medialnych

Dane dostarcza serwis

Cytat


Jerzy Sosnowski, dziennikarz radiowej Trójki dla "Press":
"[...] Poziom polszczyzny w mediach komercyjnych jest tak katastrofalny, że zazwyczaj - gdy je włączam - mam ochotę wysłać dziennikarzy stamtąd na praktyki do Polskiego Radia".

Co sądzą znani dziennikarze 
  o naszej stronie

Wywiady

Tomasz Skory, dyrektor informacji RMF FM

Kamil Świętoń: Jak trafiłeś do RMF FM?

Tomasz Skory: To było na początku 1993 roku, ale historia jest dłuższa. Przepracowawszy cały rok ’91 w warszawskim Radiu Solidarność przeszedłem do nieistniejącej już gazety „Nowa Europa”, żeby się sprawdzić. Później jednak podziękowałem prasie, bo uznałem, że „umiem to robić, ale niekoniecznie lubię” i wróciłem do Radia Solidarność. Wtedy pojawiła się oferta, żeby współpracować z owianym tajemnicą radiem na południu Polski. Nazywało się RMF, podobno było niezłe, ale nikt go w Warszawie nie słyszał, bo nadawało tylko w czterech miastach na południu. Zacząłem z nimi współpracować. Działałem właściwie na dwa etaty, co przynosiło wtedy spore profity. Dodatkowo dało mi to przydatną umiejętność np. pisania każdej relacji w trzech albo pięciu akapitach, tak by każda ze stacji dostawała dwa z trzech albo trzy z pięciu i żeby każda z nich zamykała się jakąś puentą. W ten sposób opisując jakąś rzecz w 5 akapitach i dając każdej z tych stacji po 3 akapity, uzyskiwałem dwie niejako osobne relacje, ale oparte o tym samym tekście. Ba, można było nawet przeczytać w całości ten tekst i nie zawierał on większych dysonansów.

Długo trwała ta podwójna praca?

Przez pierwsze trzy miesiące 1993 roku. W marcu albo kwietniu przyjechałem do Krakowa na Kopiec Kościuszki, żeby nawiązać umowę już nie o współpracy, ale o pełnej pracy, co wiązało się z podziękowaniem Radiu Solidarność. Po drodze, wchodząc do prezesa Tyczyńskiego, spotkałem młodego człowieka, który siedział w poczekalni i dziwnie wyczekująco na mnie patrzył. W gabinecie prezes zapytał: „Widziałeś tego gościa, który tam siedzi w poczekalni? On siedzi i czeka, bo jak my tu podpiszemy ten papier, to będzie Twoim kierowcą. A jak nie podpiszemy, to nie będziemy go w ogóle zatrudniać” – usłyszałem. To był Jurek, kierowca wozu transmisyjnego.

Jako 1-osobowy oddział RMF Warszawa miałeś w stolicy „wolą rękę”?

Nie nazwał bym tego tak, bo miałem od cholery roboty. Potrafiłem odwiedzić dziewięć konferencji albo zrobić jedenaście wejść dziennie, z czego każdą co pół godziny z innego miejsca. Oczywiście na antenie nie było takich ograniczeń czasowych jak teraz. Wejścia na żywo były np. „pięć po wpół do” albo „pięć po pełnej”, przy serwisach „za piętnaście”. Uciągnąłem tak rok czy półtora. Zdarzało mi się usypiać na fotelu w biurze w Mariottcie . Wtedy firma doszła do wniosku, że „Warszawa się sprawdza i daje radę, ale facet nie daje, więc trzeba mu dać tam kogoś drugiego”. Sam zresztą tego żądałem. I zatrudnili wówczas Konrada Piaseckiego.

Jak od strony technicznej wyglądały początki tej współpracy z RMF-em?

Byłem korespondentem telefonicznym. Wtedy nie było jeszcze tak wiele telefonów komórkowych, w Sejmie stało się w kolejce do budek telefonicznych, których było sześć. Po ważniejszych głosowaniach ustawiało się do nich trochę osób, więc trzeba było zdążyć na określoną godzinę. Poza tym posługiwaliśmy się zupełnie innymi technologiami, np. magnetofon kasetowy Sony, potem pierwsze mini dyski.

Często bywałeś wtedy na Kopcu?

Przez parę godzin raz, dwa razy w roku, bo tak naprawdę praca w oddziale nie oznacza konieczności odwiedzania głównej siedziby.

Ile wówczas średnio czasu spędzałeś w Sejmie?

W czasach posiedzeń bywałem przez całe dni.

Jakieś rekordy?

Nocne przesiadywanie związane z załamaniami rządowymi czy przeciągającymi się głosowaniami. Robiłem to piętnaście lat niemal dzień w dzień, więc po tym czasie zlewają się te wszystkie kryzysy rządowe i trudno sobie przypomnieć szczegóły. Najgłębiej wspominam jednak wysiadywanie przed drzwiami dogadującej się koalicji wspierającej Jana Olszewskiego. To była straszna rzeźnia. Wychodził facet w za krótkich nogawkach i nie miał nic do powiedzenia. Nic z tego nie wynikało, nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Panowie popisywali się arogancją. Określenie Celińskiego „spoceni faceci w garniturach” pasowało do tego jak ulał. Pamiętam też obrazek któregoś kolegi dziennikarza śpiącego w kominku Sali Obrazowej Kancelarii Premiera…

Z tego co wiem, jak weszły nowe technologie, relacje dalej wolałeś zapisywać ręcznie na kartce…

Tak, to prawda. Pod tym względem jestem trochę anachroniczny.

W jednej z notek biograficznych o Tobie napisano: „Jest najbardziej doświadczonym reporterem politycznym w RMF FM, a Sejm zna lepiej niż wielu posłów”. Rozumiem, że potwierdzasz to po dzień dzisiejszy?

Hm, w Sejmie nie byłem już od roku. Ale nieskromnie może mówiąc, to mierząc doświadczenie w godzinach tam spędzonych, ciągle mam go pewnie najwięcej.

Podobno miałeś tam ksywy „dinozaur”, „senior”…

To się nie przyjęło. Raczej „bucior” przez jakiś czas było modne, bo zwykle chodziłem w gigantycznych trepach, ponieważ lubię solidne buty. I powiedzmy nieelegancko – nie stronię od zakładania nóg na blat, biurko czy inne sprzęty, co dodatkowo te buty uwidaczniało.

Ale teraz już takich chyba nie ubierasz…

Dzisiaj po prostu trudno kupić takie trepy! (śmiech).

Kamizelki jednak widzę pozostały…

Tak i ta słabość do solidnych butów też, choć przy letniej pogodzie, to oczywiste jest, że mam sandały. Nazywano mnie też cierpko „pamięcią genetyczną oddziału warszawskiego”, bo najdłużej tam pracowałem. Ostatnio tego nie robią, bo mnie tam na stałe nie ma, ale jakbym się pojawił na dłużej, to pewnie Piaseckiemu by się przypomniało…

Wraz z awansem na dyrektora informacji trudno było Ci się przestawić na życie w Krakowie?

Tak naprawdę to jeszcze się nie przestawiłem, bo spędzam tutaj trzy noce z siedmiu w tygodniu.

Czyli z Warszawy się nie wyprowadziłeś…

Nie, rodzinie tego nie zrobię. Córka rozpoczęła tam gimnazjum, ma w stolicy trochę przyjaciółek. Nie chcę ze względu na moją pracę jej tego rozbijać. Upodobania żony też szanuję.

To jak wygląda Twój tydzień pracy?

Wstaję w poniedziałek rano, zawożę córkę do szkoły. Jadę do oddziału radia na Twardą. Wstępuję do biura, wymieniam uściski rąk z zespołem. Jeśli mam im coś do przekazania, to od razu to robię, ewentualnie słucham jeśli oni mają coś do powiedzenia mnie. Kiedy zaczyna się kolegium, czyli ok. 7.45, wychodzę, idę na dworzec, o 8.15 wsiadam w pociąg. W Krakowie jestem po 11-tej. Na Kopcu urzęduję do czwartku. Nazywam to urzędowaniem, bo – jak widać – atrybuty mojej pracy to teraz długopis na sznurku, komputer, biurko itd. W czwartek po południu wracam do Warszawy i jestem w domu przed 22. Załapuję się na koniec drugiego odcinka „Dra House’a”. W piątek urzęduję w oddziale warszawskim. Wtedy w Krakowie rządzi mój zastępca, Rafał Szafran.

A po innych oddziałach radia jeździsz?

Nie byłem w żadnym oprócz Katowic i Wrocławia, ale to tylko dlatego, że tam jest autostrada i łatwiej dojechać. Wstyd, ale nie znajduję jakoś czasu.

Jakim jesteś szefem dla pracowników?

Staram się nie wchodzić nikomu w robotę i przeszkadzać jak najmniej, a wręcz ją ułatwiać. Chociaż jak potrzeba, to muszę też przywołać do porządku, zwrócić uwagę i pogrozić palcem.

Jak ich kontrolujesz?

Dosyć często używam podcastów, które pozwalają mi odsłuchiwać wszystkie serwisy informacyjne. Mam je w iPodzie i jak jadę pociągiem to ich słucham. Oprócz tego jest jeszcze czarny notes. Jeśli już po niego sięgam, to odnotowuję wszystko – każde zająknięcie, przejęzyczenie, zły szyk zdania, niezrozumiałość tekstu, zakłócenie rytmu, niewłaściwie położony akcent, źle ułożone depesze etc. W pasmach dziennych w zasadzie nie muszę wiele pilnować, bo tam jeśli jest wpadka, to prowadzący o tym wie. Jakieś małe przejęzyczenie można odpuścić, wiem, że każdemu może się to zdarzyć. W pasmach nocnych jest mniejsza szansa, że ktoś zadzwoni i powie: „słuchaj, bo twój człowiek się w czymś walnął”. Ale jak tylko ten czarny notes wyciągnę, to niektórzy są speszeni.

Często więc słuchasz RMF-u?

Wtedy, kiedy tylko mogę. Ale z drugiej strony jak nie muszę, to nie słucham, bo to męczące. Oczywiście powinienem słuchać wszystkiego. A serwisy nocne odsłuchuję najczęściej właśnie z podcastów.

W RMF-ie byłeś m.in. reportem, publicystą, prowadzącym wywiady, audycje, szefem oddziału warszawskiego, teraz jesteś dyrektorem informacji. W której roli czujesz się najlepiej?

Każda z tych funkcji sprawiała mi frajdę. Nie byłem jednak takim standardowym reporterem, bo natura pracy dziennikarza politycznego w Warszawie jest taka, że – mówiąc w największym uproszczeniu – rzadko kiedy zdarza mu się jechać np. do pożaru. Później wolałem zająć się czymś innym – przyszła kolej na programy satyryczne czy wymagające dokumentacji.

W tzw. międzyczasie miałeś też mały epizod w telewizji…

Tak, „Polityczne graffiti” w Polsacie i „Krakowskie Przedmieście 27” w TVP.

Współprowadzenie „Wolnych żartów” w radiu też mi się podobało, bo szydzenie to coś, co bardzo mi odpowiada, ale nie znalazłem czasu na pogodzenie tego wszystkiego.

A później przyszła poważna propozycja – objęcia funkcji szefa oddziału w Warszawie.

Zgodziłem się, bo szczerze mówiąc miałem już dość poważnego traktowania facetów, którzy niczym na to nie zasługują. Odczułem bardzo wyrazistą niechęć do rozmawiania w kółko z tymi samymi politykami, którzy się nie rozwijają. Każda kadencja Sejmu była coraz gorsza. A szefowanie redakcji było wyzwaniem, pozwalającym uciec od traktowania ze zbędnym szacunkiem i atencją facetów, którzy po prostu są bardzo często prymitywami albo krętaczami i kłamcami.

Czy przejście na „ty” z politykami pomaga w pracy?

Absolutnie. To tylko komplikuje życie. Niektórzy to manifestują przy innych dziennikarzach co jest kretyństwem, inni to ukrywają, co jest hipokryzją. A po co? Owszem, jestem na „ty” z mnóstwem osób, z premierem włącznie, ale się z tym nie afiszuję. Dziennikarzom udaje się to w prostych okolicznościach – im bliżej wyborów, tym większą ochotę politycy mają na bratanie się z nimi. Niemal każdy polityk przejdzie na „ty” z dziennikarzem, kiedy będzie mu to potrzebne.

Zdarzało się, że podczas rozmów na żywo politycy dawali jakieś znaki, żeby nie naciskać z poszczególnymi pytaniami?

Tak. A najgorsze to mówienie przez polityka: „Ale panie redaktorze, przecież umawialiśmy się, że nie będziemy o tym rozmawiać”. To jest perfidne zachowanie, bo od razu podważa pozycję dziennikarza – skoro się jakoś umawia z politykiem przed rozmową, to znaczy, że są w zmowie. Oni też są cwani i wiedzą, że w rozmowie na żywo szanse są równe i nie ma że sobie coś nagrywamy, a ja później wytnę, co będę chciał. I moje atuty są wtedy też jego atutami. On mnie też może o coś zapytać i muszę się znaleźć, nie mogę się dać zastrzelić. A są tacy co lubią wchodzić w intensywny kontakt z rozmówcą. Moim zdaniem tylko kilkanaście osób w naszym kraju ma kompetencje do przeprowadzania na żywo rozmów z politykami z najwyższej półki. Chodzi o przytomność umysłu, napastliwość, dynamikę.

Miałeś jakieś wpadki?

Od półtora roku na antenie występuję incydentalnie, więc raczej się nie zdarzają. A wcześniej… Hm, nic konkretnego mi się nie przypomina oprócz pewnej anegdoty. Kiedyś, gdy jeszcze prowadziliśmy „Krakowskie Przedmieście 27”, chcieliśmy umówić przewodniczącego jakiejś komisji. Nie udało się to przez komórkę, bo nie odbierał. Zadzwoniliśmy więc do sekretariatu komisji. „Prowadzi w tej chwili obrady” – usłyszeliśmy. Poprosiliśmy o przekazanie zaproszenia do programu, nieco później przekazano nam, że przewodniczący się zgodził. Następnego dnia przed rozpoczęciem nagrania zobaczyłem rosnące oczy Konrada Piaseckiego i jakieś rozpaczliwe znaki dające do zrozumienia, że coś się stało. Kątem oka zobaczyłem, że wchodzi zupełnie inny facet. Też przewodniczący, tylko innej komisji. Akurat zaczęło się wejście na antenę. Powiedziałem, że naszym gościem będzie ten, którego widzę. Okazało się, że dzień wcześniej były wspólne obrady dwóch komisji, a jako że z naszej strony nie padło konkretne nazwisko, to sekretarz przekazał nasze zapytanie temu drugiemu przewodniczącemu. I proszę sobie wyobrazić co czuliśmy z Konradem skoro mieliśmy przeprowadzić rozmowę powiedzmy z szefem komisji sportu, a przyszedł ten z komisji edukacji. Wywiad miał oczywiście dotyczyć bieżących wydarzeń, załóżmy dotyczących sportu, a nie akurat edukacji. O ile wiem, ten człowiek nawet się nie zorientował, że mieliśmy taką dysfunkcję mózgową i że ta rozmowa była kompletną improwizacją (śmiech). Ale anegdota została. Wpadka więc teraz jest zabawna, aczkolwiek była bardzo stresująca kiedy się w niej uczestniczyło.

I była jeszcze taka sytuacja, że podczas jakiejś burzliwej demonstracji pod Kancelarią Premiera z Romanem Osicą zwoływaliśmy się przez mikrofony na żywo, bo byliśmy w różnych miejscach. I w pewnym momencie powiedziałem do niego per Romaso. A ponieważ go wołałem, to było naturalne. Nie wiem dlaczego potem wszyscy w redakcji się śmiali, skoro wiedzieli, że tak do siebie mówimy. Jak się w emocjach coś robi, to się człowiek nie zastanawia specjalnie nad formą. Zresztą jest to bardziej naturalne i wiarygodne, tym bardziej w sytuacji, gdy w tle słychać jak strzelają kule gumowe, gwizdy, walą jakimś kablem w samochód, kołyszą go, a ty siedzisz na dachu i trzymasz się masztu.

Mimo wszystko wnioskuję, że o wiele bardziej wolisz radio od telewizji.

Radio jest fajniejsze. Niestety zwykle jest tak, że minuta na wizji daje więcej niż 5 lat pracy w radiu. I robi wrażenie na tych, którzy tęsknią za popularnością i za tym, by człowieka rozpoznawali na plaży w Tunezji. Ja już byłem rozpoznawany i ręczę, że to nie jest specjalna przyjemność.

A jak było z tą pracą magisterską?

Ten trzyliterowy dodatek był potrzebny chyba tylko mojej rodzinie, która przywiązana jest do takich form. Poza tym tytuł magistra byłby przypieczętowaniem pięciu lat studiów dziennikarskich, które – jak się je porówna do pierwszych dwóch tygodni pracy w dziennikarstwie – dały mi mniej więcej tyle samo. Tyle tylko, że ja studiowałem pod koniec lat 80., kiedy mówiono nam, że cenzura prewencyjna jest lepsza niż represyjna, uczono jak się pisze na maszynie, czyli rzeczy zupełnie niepotrzebnych. Ale przy zetknięciu z redakcją już w nowym ustroju mogłem stwierdzić, że te studia były w ogóle nieprzydatne.

Jakie cechy powinna posiadać osoba, która chciałaby pracować w RMF-ie?

Szczerze? Powinna mieć doświadczenie i powinna być przygotowana, że to my do niej zadzwonimy, a nie że przyjdzie do nas i ją zatrudnimy. To wymagająca firma i takie są czasy. Codziennie dostaję średnio po dwa CV. Niektórzy nie umieją nawet po polsku poprawnie pisać i to mnie odstręcza od naboru w taki sposób. Dlatego też np. studenci, którzy chcieliby zacząć pracę w RMF-ie, nie mają raczej większych szans. Chyba że są wybitnie uzdolnionymi postaciami, które mają do tego dobry głos, dykcję itd.

Jakie masz plany na przyszłość?

Chciałbym nauczyć się być dobrym szefem kilkudziesięciu dziennikarzy, działać efektywnie i nic nie zepsuć, a radio udoskonalać tam, gdzie się da. Liczę, że będzie ono działało nadal tak sprawnie jak teraz. Uważam, że nie wszystko jeszcze robię dobrze, codziennie wracam do domu trochę mądrzejszy. Radio to naprawdę gigantyczna maszyna do opanowania.

Tomasz Skory prywatnie…

…najchętniej chodziłby z wiatrówką do lasu i strzelał do szyszek. Poza tym lubię jeździć na rowerze, uwielbiam swoją żonę i 14-letnią córkę. Nie wydaje mi się, żebym na gruncie prywatnym był kimś nadzwyczajnym. Nie mam jakiejś szczególnie dużej pasji, która by mnie bardzo wciągała.

A militaria?

Militaria to tylko zabawa, która wynika z wychowania na „Czterech pancernych”. Orientuję się mniej więcej co jest czym, ale to nie jest pasja, a pobieżna znajomość tematu. Wręcz chłopięca fascynacja, która jeszcze nie wywietrzała dorosłemu facetowi z głowy i dzięki temu może czuję się trochę młodszy (uśmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził: Kamil Świętoń
Lipiec 2009 r.

Skomentuj





Najnowsze »

KONFERANSJERZY

Telewizja »

Radio »

Prasa »

Internet »

Zagranica »

Co piszą inni

Najgłośniejsze urządzenie ustępuje wszakże potężnej tubie propagandowej, jaką jest radio, prasa i telewizja… czyli media. Tam pracują wybitni specjaliści od zachwalania i potępiania programów wyborczych. Z całym szacunkiem dla indywidualnych talentów i umiejętności wybrańców narodu, nikt tak uroczo nie potrafi trajlować, żonglować faktami, na zawołanie komentować i interpretować wszystko, co się dzieje w cyrku na Wiejskiej. » czytaj dalej

Oglądalność stacji telewizyjnych

SHR % 31.05.-06.06. 24.05.-30.05.
TVP1 19.13 % 18.16 %
TVN 15.88 % 16.47 %
TVP2 14.62 % 13.59 %
Polsat 12.06 % 14.82 %
TVP Info 5.90 % 5.60 %
TVN24 4.29 % 3.88 %
Czwórka 1.86 % 1.79 %
TVN7 1.60 % 1.45 %
TV Puls 1.29 % 1.37 %
Disney Channel 1.14 % 1.12 %
Kino Polska 0.96 % 0.73 %
Polsat2 0.89 % 0.84 %
Cartoon Network / TCM 0.88 % 0.88 %
AXN 0.80 % 0.89 %
Polsat News 0.74 % 0.77 %
TVP Polonia 0.68 % 0.62 %
Discovery Channel 0.66 % 0.60 %
Viva Polska 0.62 % 0.60 %
MiniMini 0.59 % 0.84 %

Dane:

Tagi

PARTNER SERWISU



© Dziennikarze.info 2006-2010 | Powered by WordPress