|
Raporty
Historia po polsku
Wszystko wskazuje na to, że patriotyzm i rodzima historia, a zwłaszcza jej chwalebne karty, stały się atrakcyjnym tematem dla mediów i ich odbiorów. Dlaczego właśnie teraz?
PO co PiSać historię od nowa?
‑ Uważam, że początków tego zjawiska należy upatrywać w zdobyciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość – twierdzi medioznawca, prof. Janusz Adamowski. – Ta partia postawiła na historię, która miała jej służyć do realizacji bieżących celów politycznych. Polityczne implikacje tematyki patriotyczno-historycznej w mediach potwierdza historyk i publicysta „Polityki”, prof. Wiesław Władyka. – Kołem zamachowym większego zainteresowania polskością i historią są politycy – przekonuje. – Przedstawiają oni taką wersję dziejów, na jakiej im zależy. To z kolei staje się atrakcyjnym tematem dla mediów. Każda gazeta i kanał telewizyjny muszą przecież przygotować materiał o powstaniu warszawskim czy o 1 września. Politycy pilnują jednak, aby artysta nie był przesadnie wolny. Dlatego często zwycięża historia w wersji urzędowej i toczą się dziwne debaty, jak na przykład ostatnia kłótnia dotycząca Westerplatte – podsumowuje profesor.
Nad przedmiotowym i wybiórczym traktowaniem historii przez media ubolewa dramaturg i eseista, dziennikarz „Gazety Polskiej”, Bohdan Urbankowski. Uważa on, że prasa wyrządza w ten sposób wielką krzywdę minionym epokom. – Media nie przedstawiają pogłębionej wiedzy historycznej, a ludzie bazują na płytkiej sensacji, choćby takiej, jak zaglądanie królom do alkowy i doszukiwanie się u nich homoseksualnych skłonności. Wspaniałe dziedzictwo historyczne i tradycja są przy tym pomijane – twierdzi Urbankowski. Rafał Ziemkiewicz, znany dziennikarz i publicysta, dodaje do tego jeszcze jeden aspekt. – Cierpimy na dziwną przypadłość: coś musi być albo PiSowskie albo „platformerskie”. W tej chwili powstanie warszawskie jest PiS-owskie a Westerplatte „platformerskie”. Nie wspomina się natomiast o Wieluniu, bo nie jest on ani PiS-owski ani „platformerski”. I nieważne, że właśnie tam, od zbombardowania cywilnego miasta, rozpoczęła się druga wojna światowa – tłumaczy Ziemkiewicz.
Opakowywanie przeszłości
O tym, że tematyka patriotyczno-historyczna pojawiła się w mediach na dużą skalę, świadczą choćby okazjonalne wydania gazet oraz specjalne ramówki w radiu i telewizji. Powstanie warszawskie, rocznica wybuchu drugiej wojny światowej czy stan wojenny to wydarzenia, które poza oczywistym ładunkiem patriotycznym, mają dla mediów znaczenie rynkowe. W warunkach wolnej konkurencji każdą opowieść trzeba odpowiednio wypromować i sprzedać odbiorcy. Jak polskie media konkurują w pokazywaniu tego, co dla Polaków jest ważne i wzruszające? – Rzeczywiście, są to w tej chwili modne tematy i konkurencja między poszczególnymi tytułami w pokazywaniu historycznych wydarzeń jest bardzo duża – przyznaje Beata Czuma, była szefowa działu warszawskiego dziennika „Polska”. – Podczas tegorocznych relacji z obchodów kolejnej rocznicy powstania warszawskiego czytelnik oczekiwał już czegoś więcej niż zwykłego opisu. Dlatego zorganizowaliśmy w stolicy historyczne spacery „Śladami Powstania”, podczas których można było wysłuchać ciekawych opowieści na temat wydarzeń rozgrywających się tutaj w 1944 roku. Nie zrezygnowaliśmy z gadżetów, ponieważ dzisiaj mówi się o powstaniu zupełnie inaczej niż kiedyś. Interesującym pomysłem było opowiadanie autentycznych historii przez naocznych świadków pewnych wydarzeń. Historia pokazywana przez pryzmat żywego człowieka jest bowiem dla wielu ludzi bardziej wiarygodna i ciekawsza – przekonuje Beata Czuma. To, że przeszłość zaciekawiła czytelników, potwierdza również Maciej Rosalak, redaktor dodatków historycznych „Rzeczpospolitej”. – Cieszą się one wielkim zainteresowaniem czytelników i trudno wytłumaczyć, dlaczego. Czasem po prostu „jest coś w powietrzu”, ludzie czują impuls, aby teraz właśnie sięgnąć po historię – uważa Rosalak. Nie widzi żadnej sprzeczności między wysoką jakością a atrakcyjnością tekstów historycznych oferowanych przez „Rzeczpospolitą”. – Wiadomo, że nie jesteśmy tabloidem i nikt w naszym tytule nie dopuściłby do szukania taniej sensacji. Nasze teksty mają budować wizerunek firmy. Gdyby dodatki historyczne przynosiły straty, pewnie by ich nie było. W przypadku tematyki historycznej w „Rzeczpospolitej” wzrost sprzedaży idzie w parze ze wzrostem poziomu gazety – podsumowuje.
Aferzyści i patrioci
Moda na polskość coraz częściej wykracza poza klasycznie pojmowany patriotyzm i historię.
Przejawem patriotyzmu jest również budowa wizerunku kraju, podejmowana przez podmioty rządowe. Jedną z takich prób jest kampania reklamowa w CNN i BBC. Piotr Czarnowski, twórca First PR i jedna z osób odpowiedzialnych za projekt, podkreśla, że mamy do czynienia z największą i najdłuższą kampanią promocyjną Polski. Ponad 600 spotów wyemitowanych na przestrzeni 2,5 miesiąca. Sebastiana Hejnowski z Ciszewski PR uważa jednak, że powinniśmy pójść inną drogą. – Jeśli chcemy czymś zainteresować Zachód, to niech to będzie historia, która kojarzy się z takim wydarzeniem, jak upadek komunizmu. Inaczej za kilka lat przeciętny mieszkaniec zachodniej Europy będzie przekonany, że to upadek muru berlińskiego, a nie strajki w Polsce, zapoczątkował przemiany w Europie Wschodniej – twierdzi Hejnowski. Tematyka historyczna pojawiła się także wśród reprezentantów subkultury młodzieżowej. Teksty patriotyczne, w których głównym tematem jest miłość do ojczyzny, są obecne w piosenkach hip-hopowych, w polskim rocku czy muzyce alternatywnej. Sztandarowym przykładem jest album o powstaniu warszawskim punkowo-rockowej grupy Lao Che, który wywołał bardzo pozytywny odzew wśród słuchaczy – również starszej generacji. W kolejne rocznice wprowadzenia stanu wojennego przedstawiciele młodego pokolenia, skupieni w fundacji „Odpowiedzialność Obywatelska”, urządzają oryginalne happeningi mające przypominać Polakom o okrucieństwie grudnia 1981 roku.
Czy możemy zatem mówić o większej świadomości historycznej młodych Polaków?
Według socjologa, prof. Ireneusza Krzemińskiego, trudno jest precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Nie uważa on jednak, abyśmy musieli się wstydzić naszej wiedzy o dziejach najnowszych. – Badania przeprowadzone niedawno przez dr Krystynę Siellawę-Kolbowską i prof. Krzysztofa Kosełę wskazują, że młodzi Polacy dysponują o wiele większą wiedzą na temat historii najnowszej niż ich niemieccy rówieśnicy – podkreśla profesor. Jednak w odróżnieniu od sąsiadów zdecydowana większość tekstów dotykających omawianej problematyki jest „zainfekowana” politycznie. Mimo to wielu młodych ludzi prezentuje konsekwentnie postawę patriotyczną. Budzi to tym większe uznanie, zważywszy na ostatnie lata polskiej polityki. W ciągu sześciu lat, jakie minęły od afery Rywina, byliśmy świadkami nieustannych skandali i sensacji na najwyższych szczeblach władzy. Afera orlenowska, afera starachowicka, taśmy Renaty Beger – to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Jeśli dodamy do tego „chorobę filipińską” prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz europosła próbującego zgwałcić prostytutkę, to otrzymujemy wyjątkowo ponury obraz polskiej sceny politycznej. Niestety najgorsze przedstawienia, które były na niej odgrywane, długo nie schodziły z czołówek gazet i programów informacyjnych. Mimo to, politycy nie zohydzili Polakom Polski. – Upadki kolejnych autorytetów nie wpływają negatywnie na autorytet państwa i jego najwyższych urzędów, bowiem są zbyt silne i mają zbyt długą tradycję – uspokaja Maciej Rybiński, znany felietonista i komentator polityczny. Zdaniem prof. Krzemińskiego, konkurencja w wydobywaniu na wierzch tego, co najgorsze u rodzimych elit, wynika również ze zmiany układu sił na polskim rynku medialnym. – Pojawienie się „Dziennika” zachwiało niepodważalną pozycją „Gazety Wyborczej”, uznawanej za główną interpretatorkę polskiej historii najnowszej. Telewizja publiczna zyskała natomiast ideowe piętno Prawa i Sprawiedliwości. Jedynym pozytywem tego przeideologizowania historii i polskości jest przybliżenie odbiorcom ludzi i wydarzeń z nieodległej przeszłości, które do tej pory pozostawały w cieniu.
Nie ten ptak gniazdo kala…
Media nie bez powodu nazywane są czwartą władzą. Niejednokrotnie informacje ujawniane przez prasę potrafiły zmienić bieg historii. I nie trzeba wcale sięgać daleko w przeszłość, aby znaleźć tego rodzaju publikacje. Ujawnienie przez prasę faktu, że premier Węgier Ferenc Gyurcsany okłamywał obywateli swojego kraju, spowodowało zamieszki na skalę niespotykaną od 1956 roku. Świadczy to o ogromnej sile, jaką dysponują media. Warto zatem zastanowić się nad problemem ich odpowiedzialności za własny kraj. Czy prasa powinna wstrzymać się z publikacją informacji, które mogłyby zaszkodzić własnemu państwu?
Historyk mediów, dr Janusz Osica, przyznaje, że omawiany problem stanowi odwieczny dylemat. – Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy należy pisać prawdę i tylko prawdę, czy też narzucać sobie pewną cenzurę w imię bycia patriotycznym. Uważam, że zagrożenie publikacją czegoś, co mogłoby spowodować uszczerbek na autorytecie państwa, powinno przede wszystkim zdyscyplinować polityków – przekonuje dr Osica. ‑ Być może warto powtórzyć za Norwidem: „Nie ten ptak kala własne gniazdo, co je kala, ale ten co mówić o tym nie pozwala” – podsumowuje. Należy jednak odpowiedzieć na pytanie, czy polski system medialny byłby w ogóle zdolny do tego, aby przemilczeć sensacyjną informację, jeśli wymagałoby tego dobro kraju. Ubiegłoroczny lipcowy artykuł „Dziennika”, w którym ujawniono treść poufnej rozmowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, wzbudza poważne zastrzeżenia. Tekst opublikowano bowiem w okresie finalizacji porozumienia polsko-amerykańskiego w sprawie instalacji elementów tarczy antyrakietowej. Wątpliwości te potwierdza prof. Janusz Adamowski. – W Polsce nie istnieje odpowiedzialność mediów za dobro kraju. Media anglosaskie są pod tym względem bardzo zdyscyplinowane. Jeśli jakaś informacja może zaszkodzić mojemu krajowi, trzeba się głęboko zastanowić przed jej opublikowaniem – twierdzi prof. Adamowski, powołując się między innymi na casus mediów amerykańskich, które w początkowym okresie wojny w Iraku wyraźnie ograniczyły krytykę działań rządowych na terenie Bliskiego Wschodu. – U nas sprzedaje się newsa bez namysłu, nawet takiego, jak ten o talibskich więźniach, przetrzymywanych w naszym kraju. Decyduje doraźny interes gazety, stacji telewizyjnej czy radiowej, a nie racja stanu – dodaje profesor. Rafał Ziemkiewicz uważa z kolei, że w Polsce istnieje pewna autocenzura, ale kryterium jej zastosowania wcale nie jest troska o dobro ojczyzny. – Wstrzymanie o kilka miesięcy publikacji „GW” na temat korupcyjnej propozycji Rywina tłumaczono troską o nieuszkodzenie negocjacjom Polski z UE. Tylko że nikt poważny w to nie wierzy – uważa Ziemkiewicz. Jego zdaniem media bardziej uważają, aby nie urazić jakiegoś konkretnego środowiska, niż dbają o interes państwa.
Będzie o czym pisać
Debaty na temat historii Polski i oceny minionego sytemu zdobyły w ostatnich latach ważne miejsce w hierarchii tematów zajmujących nasze rodzime media. Poziom tych debat i autentyczne zainteresowanie wiedzą historyczną to już zupełnie inna sprawa. Trudno jednak oczekiwać, aby w kraju, którego przeszłość była przez ostatnie dziesięciolecia znaczona głównie białymi plamami, jednym czarodziejskim zaklęciem wywołać wielką i dojrzałą dyskusję ideowych przeciwników oraz reprezentujących ich środowisk. Truizmem będzie stwierdzenie, że na to wszystko potrzeba czasu. Tutaj pojawia się jednak wątpliwość, czy Polsce tego czasu wystarczy. Patriotyzm nie będzie przecież na topie w nieskończoność. Profesor Krzemiński nie traci nadziei. – Liczę na to, że trwałe zainteresowanie historią spowoduje wreszcie, że ludzie otrzymają prawdziwy obraz przeszłości własnego kraju. Tyle optymizmu nie ma w sobie Maciej Rybiński, który zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt omawianej problematyki. – Do białości rozpala nas przede wszystkim historia najnowsza, która nie jest jeszcze ostatecznie zamknięta, a jej bohaterowie żyją obok nas. To nie sprzyja obiektywnej ocenie określonego wydarzenia – zaznacza. Teoretyczne rozważania jak zwykle zweryfikuje rzeczywistość. Kto jest bowiem władny określić dzisiaj, jakie tematy zajmą okładki gazet za kilkanaście lat. Jedno wydaje się być poza dyskusją. Przyszli historycy nie powinni narzekać na brak zajęć. Właściwa ocena pierwszej dekady XXI wieku może się bowiem okazać zadaniem jeszcze trudniejszym, niż rozstrzygnięcie dylematów obecnie nurtujących polskie społeczeństwo.
Tomasz Betka, „PDF” nr 12
|
|