|
Felietony
“Śmierć legendy” w mediach
Śmierć chyba jak żadna inna kwestia nie wzbudza takiego poruszenia w mediach. Zwłaszcza, gdy odejdzie gwiazda światowego formatu. Oto temat na wiele najbliższych dni. Zazwyczaj wszystko przebiega według podobnego schematu. Najpierw żal, wspominanie, opłakiwanie. Za chwilę domniemane przyczyny, a za nimi fala pytań, dociekań, wątpliwości, oskarżeń. I oczywiście multum gości w programach publicystycznych. Drążenie do bólu. Momentami aż chce się uciec.
Oczywiście, śmierć kogoś, kto był znaną osobistością, ikoną dla pokoleń, a przy tym osobą o intrygującej biografii nie może przejść cicho i spokojnie. Owszem, każdy ma prawo dać wyraz swojego żalu, a media powinny mówić o kimś, kto miał niezaprzeczalny wkład w rozwój jakiejś dziedziny życia. Niestety, prawie zawsze kończy się to naruszeniem pewnych granic, a niejednokrotnie ich przekroczeniem. Na myśl rzuca się tutaj chociażby śmierć Lady Di. W Polsce przykładem, gdzie mediom wyjątkowo zabrakło taktu, była tragiczna śmierć Waldemara Milewicza (jeden z tabloidów umieścił na pierwszej stronie zdjęcie zastrzelonego reportera). Podobnie dzieje się i teraz, gdy żegnamy Michaela Jacksona, okrzykniętego królem popu.
Nagła śmierć piosenkarza jest tematem do spekulacji na jeszcze długi okres, ale media czasu nie tracą. Mimo próśb trudno z cierpliwością czekać na ustalenie przyczyn zgonu i równie trudno uszanować osobę zmarłego. Od razu pojawiają się przesłanki, a wiele z nich przez brukowce uznawane są za pewnik. Najbardziej jednak we wszystkim drażni fakt, że chcąc posiąść i przekazać maksimum informacji, pewne media gotowe są wedrzeć się wszędzie, nawet na stół reanimacyjny. „Fakt” grzmiąco podał całkiem dokładne (i nieprzyjemne) szczegóły co do wyglądu ciała gwiazdora, zamieszczając przy tym rekonstrukcję twarzy wykonaną na tej podstawie. Opis niemal jak z podręcznika. Na stronie internetowej tej samej gazety widnieje m.in. zakładka „Jackson w karetce. NOWE FOTO!”. Brzmi jak tania sensacyjka, a zdjęcie jest równie przykre jak fotografia Milewicza. Ale czego to się nie robi dla niusa…
Przy takich wydarzeniach zatrważające jest nie tylko żerowanie na tragedii i bezpardonowe wkraczanie w cudzą prywatność, ale również fakt, że w ogóle o tej prywatności mówi się znacznie więcej niż o działalności, w przypadku Jacksona – artystycznej. Mówi się o kontrowersjach wokół jego osoby, o chorobach, traumach, związkach, nawet o tym, co jadł, pił i w jakich ilościach (internauci też mają w tym swój wkład). Jednym słowem, rozkłada się cudze życie na czynniki pierwsze, by wiedzieć jak najwięcej, a najlepiej nie zostawić ani kawałeczka tajemnicy – o co piosenkarz przecież tak zabiegał. Wbrew tym usiłowaniom, im bardziej starał się coś ukryć, tym bardziej inni dociekali prawdy. To niestety był, jest i nadal będzie główny temat o osobie króla popu. Nic więc dziwnego, że duża część populacji będzie więcej wiedzieć o szczegółach jego chorób (tych potwierdzonych i tych domniemywanych) niż o tym, na czym polegał jego fenomen na polu muzycznym i kulturowym w ogóle. A o tym jak ogromną siłę oddziaływania i kształtowania opinii mają media, wiemy wszyscy. Wystarczy poczytać komentarze internautów (zgroza!).
Na CNN rozmowy i wspomnienia o gwiazdorze opatrzone zostały hasłem „Death of The Legend”. Istotnie, Jackson za życia stał się legendą, m.in. (a może przede wszystkim) na mocy niezliczonych kontrowersji, spekulacji i plotek dotyczących jego życia. Media niezaprzeczalnie mają w tym swój udział. Po jego śmierci obserwujemy, jak ta legenda się rozrasta i chociaż jedne mity są obalane, wciąż rodzą się nowe, bo wciąż raczeni jesteśmy kolejnymi nowinkami typu „ktoś słyszał”, „ktoś widział” a „ktoś powiedział”. Jeśli Michael Jackson ma być legendą, to niech będzie przede wszystkim legendą muzyki pop – nie swoją własną. Jak widać, nawet po śmierci jeszcze długo nie zazna spokoju, bo pewne media nie uznają żadnej świętości. Poza niusem.
Felieton Weroniki Słodkowskiej, 30 czerwca 2009 r.
|
|