|
Felietony
Siła żółtego paska
Na świecie cały czas coś się dzieje. Nie ma sekundy bez wytchnienia. Gdyby człowiek miał zbierać informacje z całego świata, musiałby poświęcić na to prawdopodobnie 100 procent swojego czasu. Dlatego mamy media. One dla nas pozyskują, przetwarzają i przekazują informacje. One też sugerują nam, które wydarzenia są warte zapamiętania, a które pozostają warte pół minuty wzmianki. Wiadomo, wszyscy czekają na newsa. Czasem trzeba dołożyć do pieca. Tylko… bez przesady.
Rękę na pulsie muszą mieć zwłaszcza kanały informacyjne. Wiadomości przez 24 h – to wyzwanie. Cały czas na posterunku. Czasem, dla chwili wytchnienia, można puścić dokument albo cykl wcześniej przygotowanych reportaży. Jednak czujności nie można tracić, bo gdy reżyser-skandalista będzie opuszczał areszt albo amerykański dyplomata wyląduje na Okęciu, to przecież w tej chwili nie ma nic ważniejszego! Przerywamy program i nadajemy na żywo. Tylko u nas! – jak anonsują stacje. No tak, zobaczyć czubek głowy Polańskiego, gdy przemyka od drzwi do samochodu – bezcenne! Oglądać kołowanie samolotu z Condoleezą Rice na pokładzie – niezapomniane przeżycie (widzicie? Ja wciąż pamiętam, a to było kilka lat temu).
Oprócz tych wydarzeń, których ranga, w mniemaniu mediów, pozwala zmieniać ramówkę telewizji są jeszcze te umieszczane na tzw. żółtym pasku. I tu wydarzenie wydarzeniu nierówne. Bo na miano informacji z ostatniej chwili, o priorytetowym statusie, zasługują nie tylko wydarzenia o ogólnopolskim czy nawet międzynarodowym znaczeniu, ale też zupełnie „lokalne”, o czym wielokrotnie można było się przekonać. Pisząc „lokalne”, mam tu na myśli takie, które dotyczą tyko poszczególnych stacji. Raz można przeczytać na pasku informację wstrząsającą, jak tą o zamordowaniu polskiego inżyniera w Pakistanie. Innym razem można się dowiedzieć o dymisji ministra, co porusza, zdaje się, tylko pewne środowiska. A zupełnym ewenementem jest, gdy żółty, wyróżniony i trudny do zignorowania pasek informuje o… zwycięstwie Anny Muchy w „Tańcu z gwiazdami”.
Rozumiem – stacja prywatna, komercyjna, właściwie może mianować ważnym wydarzeniem to, co sobie zażyczy. A jednak… oglądając stację informacyjną oczekuję od niej czegoś innego. Gdybym chciała wiedzieć, jak się zakończy kolejna edycja tanecznego show, to bym ją po prostu obejrzała. A tymczasem, wybierając lubiany od dawna program satyryczno-publicystyczny na innym kanale, i tak jestem skazana na wiadomość, kto też wytańczył sobie zwycięstwo w pokrewnej stacji. Cóż, grunt to rodzinka. A ta cenna informacja, na przekór wszystkiemu, będzie żyć w mojej głowie być może do końca moich dni, wygrywając ze wzorem na masę ciała czy datą imienin cioci z Pułtuska. Tak jak pasjonujące kołowanie samolotu Condoleezy Rice. Cóż… 1:0 dla stacji?
Felieton Weroniki Słodkowskiej, 16 grudnia 2009 r.
|
|