|
Felietony
Dwa tygodnie ciszy
Niedawno miałam okazję przypomnieć sobie jak wygląda życie bez mediów. Domek wśród lasu, do najbliższego sklepu 5 km, sąsiedzi gdzieś hen za polem. Wokół błoga cisza i nic nie kusi, by sięgnąć po pilota.
Telewizor co prawda był. Trzy dobrze odbierające kanały plus czwarty śnieżący. Jednak wiadomo, o tej porze nie ma na czym oka zawiesić, przynajmniej w telewizji publicznej. No, może wieczorami coś się trafi, chociaż przyjemniej jest posiedzieć na dworze, popatrzeć na gwiazdy (te na niebie oczywiście) i posłuchać świerszczy. Tradycyjnie w czasie wyjazdu te propozycje TV, które najbardziej mnie interesowały były dla mnie niedostępne z racji niedużego wyboru kanałów. Sopot Hit Festiwal jakoś mnie nie przekonał i już po pierwszych paru minutach zrezygnowałam. W międzyczasie kilka razy pomyślałam: „A może jednak teraz będzie coś wartego uwagi?” – ale, niestety, próżne nadzieje. Być może miałam pecha i przełączałam w nieodpowiednich momentach, jednak obecność w Operze Leśnej takich „gwiazd” jak Candy Girl każe mi się mocno zastanowić nad kondycją polskiej muzyki.
Do radia też mnie specjalnie nie kusiło. Jako że znajdowałam się w północno-wschodniej części Polski, przy odpowiednim ustawieniu anteny można było posłuchać stacji zza wschodniej granicy. A jednak wolałam te świerszcze wieczorami, a za dnia śpiew ptaków.
Co innego prasa – o, tutaj by się poczytało. Jednak w pobliskich sklepach można co najwyżej nabyć gazetkę regionalną. Została mi więc tylko „Wyborcza”, którą przywiozłam z Warszawy. Po świeży numer trzeba by jechać do najbliższego miasta, czyli 16 km. Trudno codziennie o taką wyprawę, zwłaszcza jak się nie ma prawa jazdy, a autobus jeździ dwa razy na dzień (i też trzeba dojść, tudzież dojechać do przystanku). Zatem gdy nadarzyła się okazja pojechać do miasta, już samo nabycie świeżego numeru stawało się przyjemnością.
Internet? A co to właściwie jest? No tak, w dodatku bez mobilnej sieci. Ba, w ogóle bez komputera! Dla niektórych to już prawie jak odcięcie od świata. Nie powiem, przydaje się – będąc gdzieś daleko ma się wiele rzeczy pod kontrolą. Ale i bez tego jest całkiem przyjemnie. Bo czy ja w ogóle narzekam? Przez dwa tygodnie ominęły mnie relacje z kraju i ze świata na okrągło przez 24h. Czasem, jak się spojrzało na zegarek, obejrzało się serwis informacyjny. Coś się przeczytało w jednym wydaniu gazety. A poza tym cisza, spokój, a wokół piękno świata. Dokładnie tak jak śpiewał Louis Armstrong. I na szczęście Rospuda jeszcze jest.
Felieton Weroniki Słodkowskiej, 12 sierpnia 2009 r.
|
|