|
Felietony
20 lat później…
Początek czerwca obfitował w wydarzenia. Świętowaliśmy 20. rocznicę wygranej „Solidarności” w wyborach, a trzy dni później zaproszono nas do urn. Ten tydzień nie mógł przejść bez echa, a już na pewno nie w mediach. W końcu i ta branża ma co świętować.
4 czerwca gazety wypisały tytuły czcionką „solidarnościową”, „Gazeta Wyborcza” dodała nawet reprodukcje oporników. „Wyborcza” już od początku roku nawiązywała wielokrotnie nie tylko do historycznej już daty 04.06.1989, ale i do swoich urodzin. Niejedna dwudziestolatka mogłaby jej pozazdrościć doświadczeń i przemian. Owszem, przy tej okazji media też mają co wspominać i tym bardziej co świętować – wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz i znów spojrzeć na ich obecny kształt.
Dawno, dawno temu w telewizji były dwa kanały – tak, dla niektórych brzmi to jak bajka. Do tego można dodać, że telefon stacjonarny w domach był rzadko spotykany. Tak, tak – stacjonarny. O komórkowych jeszcze nikt wtedy nie słyszał. Z radiami nie było tak źle. Ja sama, urodzona kilka lat przed zwycięstwem demokracji, żyłam już w całkiem nieźle rozwiniętym technicznie świecie, ale mimo to życie bez dwóch telefonów, za to z dwoma kanałami TV nie wydaje mi się abstrakcją. Gdy opowiadam o tym buszującemu w Internecie sześciolatkowi, nie jest do końca w stanie tego zrozumieć. Ba, niektórzy szesnastoletni podejmują spory wysiłek, by to sobie uzmysłowić, a co dopiero dziecko urodzone po 2000 roku!
Telewizja sama wspominała, jak to wyglądało przed laty. Ach, żeby przypomnieć sobie to ascetyczne studio telewizyjne, gdzie największą dekoracją były bujne włosy Krystyny Loski… Do tego dobranocka z Reksiem, na którą czekały wszystkie dzieci, a potem gromkie fanfary, jakimi rozpoczynał się „Dziennik Telewizyjny”. Oj, można by długo jeszcze… Niektórych telewizyjnych faktów nie pamiętam z racji wieku, niektóre jak przez mgłę, a inne z kolei bardzo dobrze: sygnał Interwizji i obraz pomnika Chopina na ekranie jakoś dziwnie przejmowały mnie dreszczem (zresztą podobne odczucie nawiedza mnie i dziś, przy niektórych programach rozrywkowych). Ja, jeszcze nieźle wyedukowana na produkcjach telewizyjnych tamtej epoki, z pewnym zdziwieniem przyjmuję do wiadomości, że niewiele młodsi ode mnie reagują pytająco na hasło „Stanisław Anioł”. Ale Szarika to już chyba kojarzą wszyscy! Innym, popularnym wówczas a dziś kultowym, rodzimym produkcjom wcale nie tak łatwo przedrzeć się przez barwne, telewizyjne propozycje z całego świata i przynajmniej 99 kanałów. Na szczęście nasza polska telewizja jeszcze nie spycha kapitana Klossa do lamusa, a chętnie też przypomina w programach typu „300% normy”, choć dyżurni moralizatorzy domagali się zaprzestania emisji tych „kłamliwych” i „propagandowych” seriali (tak jakby zapomnieli, co znaczy słowo „fikcja”).
Tego typu rozmyślania szczególnie przybrały na sile w wieczór wyborczy, 7 czerwca br. Kto włączył TVN24, ten mógł się na własne oczy przekonać, że faktycznie żyjemy już w XXI wieku, a 20 lat to całkiem sporo. Oczom widzów ukazało się interaktywne studio, w którym prezenter przez skinienie palcem wyświetlał kolejne dane. Jednak prawdziwą ucztą było zastosowanie videoportacji, dzięki czemu mogliśmy widzieć reporterkę TVN przebywającą w tym czasie w Brukseli w postaci hologramu rzeczywistych rozmiarów. W tym momencie nie tylko mi rzuciły się na myśl „Gwiezdne Wojny”. Więc jednak świat idzie do przodu, a media wraz z nim. Oby tylko dzieło George’a Lucasa nie okazało się do końca prorocze – póki co hologramy i interaktywne zabawki w zupełności nam wystarczą.
Felieton Weroniki Słodkowskiej, 17 czerwca 2009 r.
|
|